9 Feb. 2010
Różowy Jaipur
Pierwsze poznawanie miasta - Hava Mahal, Pałac Maharvala, Jahal Mantar
8 Feb. 2010
Pożegnanie Jaisalmeru
Pożegnania i burza piaskowa
7 Feb. 2010
Niedziela w Jaisalmerze
Pędem z pustyni do Kościoła!
6 Feb. 2010
Safari na wielbłądach
Pustynia Thar i jej ludzie
5 Feb. 2010
Królewski Jaisalmer
Strasznie dużo zwiedzania w najlepszym wydaniu
Rano po śniadanku postanowiłyśmy najpierw obejrzeć świątynie Jainiskie Jaisalmeru bardzo znane za ich wspaniałe dekoracje. Było już dość późno, tak po 11, a świątynie te otwarte sa tylko do 12. W forcie znajduje się cały kompleks tych świątyń, na który składa się 7 małych świątyń. Dużo by tu pisać o Jainiźmie... Jest to religia powstała mniej więcej w tym samym okresie co buddyzm. Jej wyznawcy odznaczają się tym, iż nie jedzą wogle mięsa, oraz żadnych warzyw które rosna pod ziemią, czyli ziemniaki i cebula i takie tam opadają! Jinista musi wypełniać 5 reguł, praw, a które składa się nie pobieranie podadku, nie kłamanie, nie jedzenie mięsa itd. Wszystkiego nie pamiętam. Wszystko to nam obiaśniał bardzo miły pan przewodnik który oprowadził nas po wszystkich świątyniach. Same budowle odznaczają się fantazyjną i przebogatą dekoracją, takim czystym "horror vacui" (lęk przed pustą przestrzenią). Wspaniałe i bardzo skomplikowane plecionki roślinnne opatulają kolumienki, gzymsiki, z rogów wystają fantazyjnie poskręcane postacie w tańcu bądź w namiętnym uścisku. Świątynie w czasie uroczystości oblewane są mlekiem z wodą, tak że nimi opływają. We wnętrzu znajduje się posąg proroka, gdyż Jiniści czczą 27 proroków, z których ostatnim jest Mahavira (żył w czasach Buddy).
Jainiści w Jaisalmerze byli kupcami, stali się bardzo bogaci i maharaja nie mógł ich ignorować i pozwolił im budować swoje świątynie. W samym forcie prym wiodły dwie kasty- braminów i wojowników - rajputów. Maharajowie wywodzili się z rajputów.
Po zwiedzaniu świątyń udałyśmy się do Pałacu Maharvala Jaisalmeru, gdzie poznałyśmy historię Fortu.
Mimo całego dnia zwiedzania fortu wciąż miałam uczucie, że nie zdążymy czegość zobaczyć i zakomenderowałam żebyśmy jeszcze tego samego dnia wybrały się na wycieczkę w okolice fortu.Szef naszego hotelu wynajął nam samochód z kierowcą i takim chlopakiem z hotelu, którzy niestety nie bardzo umieli mówic po angielsku ale przy pomocy kilku słów po hindi i naszych rąk jakoś się dogadawyliśmy. Tak dotarłyśmy do Amar Sagar - znowu świątynie Jiniskie - tym razem nad jeziorem, ktorego nie ma bo wyschło. Od 3 lat nie pada w Jaisalmerze i wszystkie jeziora - sagar - są wyschnięte. Mieszkańcy Jaisalmeru od zawsze czuli wielki szacunek w stosunku do wody i starali się często otaczać malowniczymi sztucznymi zbiornikami, gdzyż naturalnych tu brakuje.
Następnie zawieziono nas do Ludhurvy, poprzedniej stolicy Dynastii Bhatia, która rządziła Jaisalmerem. Obecnie można tam zwiedzać świątynię jinijską. Niestety nasi kierowcy nie umieli nam nic więcej pokazać.
Kolejnym naszym przystankiem była opustoszała wioska Kaldara, z którą wiąże się bardzo tajemnicza historia.
Właśnie tu przywitał nas pewnien chudziutki staruszek, który wyciągnąl z zapazuchy dwa flety i zaczął nam wygrywać cudowne melodie. Po jego domu biegały wiewiórki, a z zarogu wyglądal wielbłąd. Dziadek mówił nam z uśmiechem, że wszystko ma "kaput", ale muzyka temu przeczyła. Grał wspaniale.
Zaczęło już zmierzchać gdy dotarłyśmy do celu naszej wycieczki, czyli do Bara Bagh. Nazwa oznacza wielki ogród, chodzi jednak o cenotafy królewskie władców dynastii Bhatia. Są to pomniki grobowe tych władców. Tu odbywały się ich kremacje i sati królowych. Delikatne kopułki wsparte na smukłych kolumienkach tworzą malowniczy kommpleks budowli na tle dziko porośniętego wąwozy, niegdyś niewątpliwie zalanego wodą. Cenotafy przepięknie prezentują się na tle zachodzącego słonca, kiedy ich złoty kolor piaskowca zlewa sie i harmonizuje ze złotem zachodzącego słońca. Wpaniałe doznania estetyczne burzą jednak wulgarnie współczesne i "pożyteczne" wiatraki powtykane wszędzie naokoło.
4 Feb. 2010
Baśniowy Jaisalmer
Pierwszy leniwy dzień - poznawanie ludzi z "naszej uliczki"
Tak jak wspomniałam w poprzednim poście na dworcu w Jaisalmerze czekał na nas Arvind - szef hotelu Desert Boys, w którym zarezerwowałysmy sobie pokój. Okazało się że przyjechało jeszcze dwoje turystów i nie mieścimy się do rykszy, którą zamówił Arvind. Wtedy Arvind zakomenderował,że mama ma jechać w rykszy, a ja mam iść za nim. Nie mając pojęcia o jego zamiarach popędziłam za nim. Musicie wiedzieć, że Hindusi bardzo szybko chodzą i turysta dosłownie za nimi musi biec aby im dotrzymać kroku. Tak wieć dopędziłam do Arvinda a ten siedzi na motorze i zaprasza mnie na tylne miejsce. Niesamowicie wygląda indyjski krajobraz z jazdy na motorze, szczegolnie, że mój kierowca się nie patyczkował i pędził przez zakurzone drogi, a potem w górę, w górę i do fortu po krętych uliczkach, podskakująć na śpiących policjantach i jakiś odpływach kanalizacyjnych czy rynienkach. Było superancko!!!!!
Trzeba tu wspomnieć o tym jak bardzo zmienił się klimat i krajobraz w porównaniu z tym jaki zostawiłyśmy w Delhi. W Jaisalmerze przywitał nas upalny, spieczony słoncem dzień, zaś nakokoło nas rozciągał się piaszczysty krajobraz, gdzieniegdzie urozmaicony pustynnymi krzewami. Port w Jaisalmerze to jedyny na świecie jeszcze zamieszkały Fort. Wygląda wspaniale, chodź z początku może przeszkadzać lekki smrodzik spowodowany kiepską kanalizacją. Kręte uliczki z krowami, małymi kramikami i wszędziędzie wystającymi ludźmi witającymi cię przyjaznym "namaste" i pytającymi w biegu skąd jesteś, i te piętknie przyozdobione balkony i okna. To wszystko daje wrażenie jakby się wkroczyło do średniowiecznego miasteczka, w którym wszyscy się znają i wogle ich życie kręci się własnym biegiem.
Pisząc o Jaisalmerze trzeba wspomnieć o stanie Fortu. Jak wspomniałam system kanalizacyjny nie jest w najlepszym stanie. Mówią, że to z powodu zbyt dużego zużycia wody, przeludnia i takie tam. Oczywiście najchętniej by zamknięto fort, wyrzucono mmieszkających tam ludzi i turystow i zrobiono z Fortu kolejne puste muzeum. Ale żaden z mieszkańców się na to nie zgodzi i mam nadzieje, że nigdy do tego nnie dojdzie. Kanalizacje i inne problemy trzeba naprawiać, a nie ich się bać. Mówi się, że koszty naprawy kanalizacji wyszły by ok. 60 mln Rupii, przecież to 1 mln euro - to nie tak dużo na taką inwestycję. Myślę można by było znaleźć fundusze i naprawić kanalizację. A jeśli chodzi o przeludnienie to jeszcze nigdy nie widziałam za dużo ludzi w Indiach, ani w Delhi ani w Jaisalmerze. W forcie gdy wieczorem wyszłyśmy się przejść na ulicach było bardzo mało ludzi i miasto wydawało się bardzo ciche, prawie jak na wiosce. W ciągu dnia tłumy zaś robili turyści, ale oni przeważnie przebywali w forcie 1 do 2 dni.
W hotelu dostałyśmy piękny pokoik dekorowny typowymi rajastnańskimi rzeźbieniami.Mieścił się on na samej górze, zaraz obok mmiałyśmy taras, z ktorego rozciągał się widok na zabudowania poza fortem. Po drabinie można było wejść na dach, na którym podawano jedzenie z hotelowej restauracji.
Po krótkim odpoczynku postanowiłyśmy się przespacerować po forcie. Było już ciemno, ale i tak przed każdym domem ktoś siedział i witał i zapraszał, żeby wejść i obejrzeć sklep albo proponował chaike. Poznałyśmy w ten sposób właścicieli sklepików z ulicy przyległej do naszego hoteliku i innych pobliskich zakątków.
3 Feb. 2010
Koleje indyjskie
Podróż z Delhi do Jaisalmeru
Tego dnia miałam kryzys. Bałam się że nie wyjdzie nam wyjazd i wogle... Aż mnie brzuch rozbolał. Aby poprawić mi humor mama zaciągnęła mnie na dół (miałyśmy pokój na 3 piętrze) do sklepiku w naszym hotelu. Okazało się, że sklepik był całkiem nieźle zaopatrzony i mama wreszcie mogla sobie kupić kilka bluzek,żeby nie wyglądać zupełnie jak turystka. Mi oczywiście też kupiła strój. Od razu mi się poprawiło... Strój tym razem złoty, zrobiony z jedwabiu, w stylu punjabi, zrobił furorę w kolejnych dniach. Po zakupach kończyłyśmy jeszcze pakowanie, a następnie wyruszyłyśmy na dworzec, który okazał się być dość daleko. Na dworcu i na peronach nie jest tak strasznie jak to zwykle turystów straszą, że tłoki i złodzieje i że oszukują z biletami. Nieprawda. Wszystko działa nawet sprawniej niz u nas. Wszyscy pasażerowie, którzy mają miejsca zarezerwowane są spisani na kartkach, które wiszą na danym peronie, a później na danym wagonie. Na dworcu przy wejsciu przybiegaja tragarze żeby nosić walizki po schodach, bo przejście na inne perony jest nad peronami i trzeba iść po stromych schodach w górę i w dół. A te zwinne chude chłopaki zarzuciły walichy na głowe i pędem pobiegły na peron, znalazły nasze imię na liście i zaprowadziły w odpowiednie miejsce, gdzie miałyśmy czekać na nasz pociąg. Oczywiście trzeba było im zapłacić. Czy dużo czy mało to nie bede mówić, to sprawa indywidualna, ja jednak uważam że w ich interesie jest prosić o więcej, a w moim ciągnąć w dół i to naturalna kolej rzeczy.
W wagonach jest zupełnie inaczej niż u nas. Przedewszystkim wagony są o wiele szersze. Myśmy jechały w klasie A2 czyli w prawie najlepszej, wyżej jest już tylko A1. Łóżka były cztery - 2 z jednek strony i 2 z drugiej, tak wiec można było sobie spokojnie usiąść na łóżku. Taki czterołózkowy przedział oddzielonych jest od przejścia kotarą. A po drugiej stronie mieszczą sie jeszcze dwa łóżka, na dole i na górze. Te boczne są lepsze bo na dole są dwa okna... Nam się trafiły łóżka na górze. Bardzo twarde...
Pociąg się spóźnił i przybył do Jaisalmeru 3 godziny później niż zaplanowane. Już myślałyśmy, że nikt na nas już nie będzie czekał, bo mial ktoś po nas wyjść z hotelu. Ale czekał i to sam szef!!!! ale o tym w kolejnym poście napisze bo to już kolejny dzień!!!!
2 Feb. 2010
Delhi nowoczesne
India Gate, świątynia lotosu, Bengali Market
Tego dnia postanowiłyśmy odwiedzić Nowe Delhi. Tym razem wynajęłyśmy samochód, którego kierowcą był Vishnu, młody chłopak z Nepalu. Bardzo miły i pomocny. Najpierw zawióźł nas do świątyni Laxmi Narayan - indyjskiej świątyni, która mimo iż wg Hindusów bardzo stara została wybudowana w 30-tych latach XXw. Jak to we wszystkich świątyniach w Indiach trzeba było tu zdjąć buty. Kazano też nam zostawić aparat w schowku więc nie mamy zdjęć. Świątynia robi wrażenie swoją czystkością, poza tym nie zachwyca. Idole nie ukazują jakiś nadzwyczajnych zdolności artysty który je wykonywał, ciekawe są za to malowidła ścienne przedstawiające w różnej stylistycze mitologię indyjską wyjasnianą cytatami w sanskrycie.
Po zwiedzaniu świątyni Vishnu zawiózł nas do zabudowań prezydenckich. Nie miałysmy w planie ich zwiedzać ale ciekawie było zobaczyć siedzibę prezydenta, która dorównuje swym zamachem dawnych siedzibom maharadzów.
Z zabudowan prezydenckich prowadzi prosta Rajroad - ulica królów do India Gate - głównego pomnnika Nowego Delhi. India Gate jest bardzo lubianym punktem spotkań Hindusów. Oczywiście gromadzą się tu tłumy sprzedawców i nagabywaczy. Jakaś kobieta strasznie chciała mi pomalować henna dłonie i nie mogłam się od niej odpędzić.
Po India Gate pojechałyśmy zobaczyć świątynię Lotosu. Jest to wielki budynek w kształcie rozwijającego się kwiatu lotosu, przynajmniej w zamiarze jego amerykańskich załozycieli. Tak naprawdę to wygląda jak wielki karczoch. Przewalają się tu tłumy turystów i szkolnych dzieci, jednak świątynia poza olbrzymim ogrodem nie ma wiele do zaoferowania. Wewnątrz jest pusta i nie imponuje ani dekoracją ani architekturą. Została ona wybudowana przez amerykańską sektę Bhatia, której wyznawcy wierzą we wszystkie religie.
Po zwiedzaniu udało mi się namówić Vishu żeby nas zawiózł gdzieś gdzie mogłabym spróbowac "gol gappas"po punjabi albo "pani puri" po hindi. Vishnu zabrał nas do Bengali Market - rynek Bengalski - i to był strzął w dziesiątkę. Jest tu mnóstwo sklepów z jedzeniem, które można by nazwać fast foodem. Zbiera się tu mnóstwo hindusów, żadnego turysty tu się nie zobaczy. Jedzenie jest przygotowane na bieżąco, jest więc świerze i jeszcze gorące. Moje wymarzone Gol Gappas to takie kulki chipsowe, które się macza w specjalnie przyprawionej wodzie i całe wkłada sie do ust i gryzie. Fajne uczucie jakby się wskoczyło do zimnego basenu. Mamie zamówiłam Massala Dosa - taki duży placek cieniutki zrobiony z ryżowej mąki chyba. W środku miał nadzienie z curry z ziemniaków. Zamówiłyśmy też rabri takie mleczne słodnie coś, barzo dobre. Własnie to jedzennie zrobiło na nas chyba największe wrażenie w ciągu całego dnia.
Następnie pojechałyśmy do sklepu, gdzie mama miała sobie kupić coś do ubrania, ale tak się tam cenili, że chciałyśmy szybko uciekać. Musiałyśmy jednak kupić jeden szal, bardzo drogi, ale w dalszej podróży bardzo się nam przydał. Po zakupach w końcu udało nam się dostać na Conaught Place, które okazało się całe w robotach drogowych. W całym Delhi w tych dniach odbywają się roboty w związku z przygotowywaniami na Commonwealth Games - Rozgrywki Krajów byłego Imperium Brytyjskiego, które mają się odbywać na jesieni własnie w Delhi.
1 Feb. 2010
Delhi mogołów
WGrobowiec Humayuna, Stary Fort
Tego dnia wynajęłysmy rykszę. Pan rykszasz powiózł nas przez same główne ulice, pełne przerozmaitych pojazdów, ludzi i kurzu. Zawinięte w dupatty i uzbrojone w aparat pstrykałysmy zdjęcia ile się dało. Robiłyśmy przez to furorę, jako dwie sahibki w rykszy. Skierowałysmy naszego rykszewale aby nas zawiózł do dzielnicy Nizamudin. To taka muzułmańska dzielnica z pochodzenia, bo teraz to tam wszyscy mieszkają. Jednak kiedyś za czasów jeszcze przed brytyjskich, kiedy to delhi rządzili sułtanie (sułtanat delhijskich) a potem mogołowie wybudowali oni tu swoją siedzibę. Dzisiejsze delhi składa się z wielu miast. Kolejne władze budowały swoje siedziby, które poźniej zostały połączone w jedno miasto. Dlatego dzisiejsze stare delhi to Shahanjahabad - od Shah Jahana tego mogolskiego cesarza, który kazał zbudować Taj Mahal. Poźniej już tylko brytyjczycy wybudowali tak zwane Nowe Delhi. Jednak wczesniej przed Shah Jahanem tez władcy budowali w tej okolicy. Nizamudin to dzielnica wybudowana przez muzułmańskich władców. Jej nazwa pochodzi od Nizamudina. Humayun pierwszy z mogolskiej dynastii kazał tu wybudować sobie fort i potem grobowiec, który tak naprawde jest zespołem budowli sakralnych dla całego otoczenia władcy. Założenie grobowca jest typowym odzwierciedleniem muzułańskiego grobu jako wizerunku drogi do raju. Idealnie symetryczny układ ogrodu w którym główną osią jest strumień wody wywiera niesamowite wrażenie zarówno estetyczne jak i duchowe.
Chodząc po murach naokoło grobowca jednego ze swity Humayuna zobaczyłysmy kilka zielonych papug i smieszne wiewiurki rozrabiające na murach. W pobliżu za murami ludzie palili jakies śmieci, a w oddali widać było jakiś ludzi odpoczywających na trawie. Gdzieś między budynkami wyłoniła się budowla, ktora mogła być związana z zabudowaniami grobowymi, albo przynajmniej pochodzi z tego okresu. Gdy zbliżyłysmy się do grobowca Humayuna napadł na nas cały tłum chłopców ubranych w szkolne mundurki, którzy właśnie skończyli swoją wycieczkę. Póżniej pod koniec naszego zwiedzania spotkałyśmy dziewczynki ubrane w krótkie spódniczki, skarpetki, bluzeczki i obowiązkową różową chusteczke zarzucana jak dupatta. Wszystkie do mnie podbiegały i mówiły hello. strasznie smieszne....
Następnie udałyśmy się do Starego Fortu, z którego zachowały się tylko ruiny. Gdy tam dojechałyśmy było już późno i muzeum zostało już zamknięte, jednak same ruiny i park można zwiedzać aż do zmroku więc zrobiłyśmy sobie spacer po zabudowaniach fortu.
Po oglądaniu Fortu byłyśmy już zmęczone i prosiłyśmy rykszarza, żeby nas zabrał do Conaught Place żebysmy mogły coś zjeść i zrobić małe zakupy, ale jak sie później okazało kierowcy w Delhi niechętnie wożą do Conaught Place centrum New Delhi, ponieważ wcale tamtejsze sklepy nie sa lepiej wyposażone a restauracje lepsze tylko droższe i co najważniejsze dla kierowcy trudno tam zaparkować. Nasz rykszasz zawiózł nas więc na jakis inny ryneczek, nawet trudno mi powiedzieć jak się nazywał. Tam zrobiłyśmy zakupy, a następnie pojechałyśmy do restauracji Pindi, tam zjadłyśmy jeden z lepszych posiółków w Delhi.
31 Jan. 2010
Delhi
Chandni Chowk, Czerwony Fort
Przyjechałyśmy w wyjątkowo piękny ranek. Czerwone słońce tuż nad horyzontem witało nas w Indiach. Taksówkarze trochę zdziwieni (bo czekali na nas juz dzień wcześniej -- niecierpliwie) porwali nasze walizki i pośpieszyli poprzez olbrzymie przestrzenie przy lotnisku do samochodu. Kierowca, Punjabczyk, wyjaśniał w szczegółach trudności i zalety jego życia w Delhi. Po chwili odpoczynku w hotelu Ajanta (Pahar Ganj) wyruszyłysmy na pierwszy rekonesans miasta.
Chociaż jeszcze bardzo zmęczone (dwie nieprzespane noce) wyruszyłymy na podbój dżungli Hinduskiego bazarowego zycia w Chandni chowk. Jednak okazało sie że większa część bazaru jest zamknięta w niedzielę. Pomimo to tłumy były wszędzie, chociaz nie tak przerażające, jak to mówią. To miłe uczucie, że tak wiele rzeczy dzieje się wokół ciebie, tyle spraw i transakcji jest zawiązywanych właśnie gdy przechodzisz obok. Oczywiście wszyscy gapili się na nas i chcieli zatrzymać oferując jakieś usługi. Na całe szczęście, mieliśmy jako przewodnika młodego człowieka - Mahindera, bardzo nieśmiałego, ale wyśmienitego kierowcę, który pośpieszał nas poprzez tłumy i pokazywał droge.
Tak znalazłyśmy świątynię Sikhów, gdzie musiałyśmy zdjąć buty, a jacyś mężczyźni w drzwiach, zawiązali nam chustki na głowach. Przeszłyśmy przez wejście oblewane czystą wodą do sali wypełnionej śpiewami.
Gdy wyszłyśmy na zewnątrz skierowałyśmy sie do Czerwonego Fortu. Przed wejściem zobaczyłyśmy tam wielką kolejkę. Jednakże nasz przewodnik powiedział nam, że to jest kolejka dla Hindusów (chociaż później widziałyśmy paru obcokrajowców czekających cierpliwie, gdzieś w środku tej kolejki). W pobliżu samego wejścia kolejka rozdzielała sie na dwie: jedna, dłuższa dla mężczyzn, a druga dla kobiet. Wyraźny dowód, że w Indiach jest więcej mężczyzn niż kobiet.
Fort zaskoczył nas zgrabnie wyrzeźbionymi mogholskimi ornamentami. Słoneczne, czyste niebo uwydatniało ich doskonałe kształty i smukłe profile. Mijające nas kobiety wyglądały jak kwiaty w swych kolorowych ubraniach. Mężczyźni nie rzucali się tak w oczy, ale gapili się tak natrętnie, że nie można było uciec od tego wzroku.
Po zwiedzaniu chciałyśmy iść do kościoła, ale kierowca zawiózł nas do sklepu z wybornymi Hinduskimi ubraniami. Taki duży wybór i tak dużo pieknych sukienek. Nie mogłam wybrać którą kupić. W końcu kupiłam jeden salvar kameez w stylu anarkali, punjabi. Teraz nie chcę w ogóle go z siebie zdjąć!!!
Po tej owocnej wizycie w Hinduskim sklepie, popędziłyśmy Mohindera do hotelu a potem do kościoła. Zadziwiły nas jego zręczne manewry między samochodami. Nic nie jest niemożliwe w Indiach!
Msza była wielkim duchowym przeżyciem. Hindusi, jak można się było spodziewać, prześpiewali całą Mszę. Pieśni miały Amerykański charakter, ale przekształcone przez Hindusów stały się niezwykle spontanicznym i pełnym energii spiewem na chwałę Bogu.
Jak możecie sie domyślać, przyjechałyśmy do hotelu wyczerpane i szybko wskoczyłyśmy do łóżka.


