Powrót

10 Luty 2010

Na wzgórzach Jaipuru

Lekarz z ubezpieczalni, Fort Amber - film bollywoodzki, świątynia małp Galtaji, zakupy

Mama w ciągu ostatnich dni coś strasznie kaszlała i gardło ją zaczęło boleć, jeszcze na safari wielbłądzim, więc postanowiłam sprawdzić jak działa nasza ubezpieczalnia. Zadzwoniłam i poprosiłam by przysłali lekarza jeszcze wczoraj, ale dopiero dziś się ruszyło i w końcu przyszedł lekarz. Bardzo poważnie potraktował mamy chorobę i dał jej dużo lekarstw i powiedział, że to alergia na kurz i brud, bardzo powszechna wśród turystów.

Po wizycie lekarza postanowiłyśmy wyruszyć na dalsze zwiedzanie i znowu kupiłyśmy rykszę na 1 dzień. Wczorajszy rykszarz jak nas dostrzegł to nie dał się odgonić i znowu z nim jeździłyśmy. Pojechałyśmy zobaczyć Jal Mahal - pałac na wodzie. Nie da się tam wejść, ale za to zrobiłyśmy dużo zdjęć. Potem udałyśmy się do fortu Amber. Wznosi się on poza Jaipurem na wielkich skalistych wzgórzach. Kiedy tam dojechałyśmy, okazało się że kręcą tam jakiś film bollywoodzki, ale nie kojarzę głównego aktora. Na dziedzińcu przed fortem zebrano wszystkie okoliczne słonie, tancerze tańczyli ale jakoś nie szczególnie energicznie, za to stunt (zastępca) głównego bohatera nieźle tańczył. Wiwijał niesamowicie nogami, co niestety nie bardzo wychodziło aktorowi. Tłumek stojący na murach przypatrywał się z podziwem i uwagą.

Fort jest olbrzymi, ale świeci pustkami. Jak człowiek sobie uświadomi, że każda mała nawet powierzchnia była pokryta drobiazgową, kunsztowną dekoracją, to zaczyna się zastanawiać po co pozostawiać taki goły szkielet. To tak, jak jest z dinozaurami - oglądamy ich kości i możemy podziwiać jedynie ich gigantyczne rozmiary, a nie mamy w gruncie rzeczy pojęcia jak na prawde wyglądały, jaki miały kolor, czy miały jakieś futro czy pióra itd.

Zmęczone udałyśmy się do kawiarni, gdzie nas ostrzeżono, że nie można jeść przy stolikach na tarasie, bo małpy nam zabiorą jedzenie. Już nawet jakaś ciekawska przybiegła gdy robiłam zdjęcia.

Nieco zmęczone upalnym słońcem wróciłyśmy do naszego rykszarza, który w drodze powrotnej zawiózł nas do kolejnego sklepu z ciuchami, gdzie kupiłyśmy wreszcie suit (salwar kameez) dla mamy. Potem odebrałyśmy moje sari w sklepie,gdzie dokupiłam jeszcze przepiękne buty ze skóry wielbłądziej (maharani styl) i inne, takie z trydycyjną jaipurską dekoracją.

Następnie udałyśmy się do świątyni Galtaji, która potocznie nazywana jest świątynią małp, ponieważ dużo małp tam mieszka i napada na turystów. Jest to rzeczywiście niesamowite wrażenie, tyle małp chodzi sobie to tu to tam, można im dać banana, a jak nie to spróbują coś tobie zabrać.

<< Poprzedni dzień | Następny dzień>>