Powrót

17 Luty 2010

Bhopal miasto jezior

Odpoczynek nad wspaniałym jeziorem, środa popielcowa

Gdy dotarłyśmy do hotelu odetchnęłam z ulgą, bo już byłam zmęczona podróżą i tym chaosem indyjskich miast. Hotel Ranjit's Lakeview znajduje się tuż nad wielkim jeziorem z dala od zatłoczonych ulic i kurzu. Dostałyśmy bardzo miły pokoik, najlepszy z dotychczasowych. Hotel ten jest przeznaczony dla Hinduskich biznesmenów, turystów zagranicznych prawie wogle tu nie ma. Możliwe, że właśnie dlatego standard tego hotelu jest o wiele wyższy niż hoteli turystycznych.

Nasz pokój miał działająca klimatyzację, naprawdę czystą pościel, a w łazience znajdował się działający prysznic. Olbrzymie okno wychodziło na skarpę porośniętą bambusami, a z prawej rozciągało się jezioro. Idealnie widać stąd było zachód słońca.

Jak tylko weszłyśmy mama wykończona chorobą położyła się do łóżka, a ja ruszyłam "załatwiać" i poznawać hotel. Najpierw poszłam do restauracji na śniadanie. Był to prawdziwie hinduski buffet: parathy nadziewane ziemniakami, curd (taki gęsty jogurt), idli, sambar, samosy, dal, itd. Jak się zamówiło herbatę od razu podawali chaikę.

Po południu przyszłam tu też na obiad i zamówiłam nadziewane pomidory. Kelner zapytał się mnie czy chcę medium (średnie) czy spicy (ostre), zamówiłam medium, ale okazały się naprawdę ostre. To chyba było pierwsze ostre jedzenie jakie zjadłam w Indiach. Z doświadczenia nauczyłam się już pierwszej zasady przy jedzeniu ostrych indyjskich dań, czyli nie przejadać się. Dwa kęsy wystarczą i nie ma co się przejmować, że się zostawia pełny talerz, zdrowie ważniejsze. Ziejąc lekko ogniem, ale z dobrym humorem powitałam wciąż obolałą mamę i zamówiłam jej jeszcze biszkopty z herbatą do pokoju. Po południu wybrałam się do kościoła. Nie mogłam już usiedzieć na miejscu w hotelu. Na dole w recepcji wszystkiego się dowiedziałam, dostałam mapę i zamówiono mi rykszę. Nigdy bym się nie odważyła wyjść sama na miasto w Agrze, czy Delhi, Bhopal jednak okazał się zupełnie inny.

Rykszarz nie mówił po angielsku, ale pomógł mi doładować komórkę i podwiózł pod kościół. Okazało się, że jestem grubo za wcześnie, siadłam sobie więc w ławce i poczekałam, aż się wszyscy zejdą. Okazało się, że kobiety siadają po lewej, a mężczyźni po prawej. Większość kobiet zakładało sobie dupatty, albo pallu od sari na głowy. W trakcie mszy zorientowałam się, że wszyscy zdjęli buty przed wejściem, tylko ja byłam w butach.

Kościół był cały pełen, tym razem śpiew prowadził zespół z głośnikami i keybordem, wybijającym rytmy czasem przypominające bollywoodzkie piosenki. Jak zwykle msza była bardzo spontaniczna i rozśpiewana. W pewnym momencie zgasły wszystkie światła (zabrakło prądu), wszyscy zaczęli stopniowo coraz głośniej śpiewać, aż dreszcze przeszły po plecach. Ksiądz popiołem naznaczał szczodrze, tak że wszyscy w kościele mieli na czołach wielkie czarne krzyże. Jak wróciłam do hotelu, panowie w recepcji nieco się zdziwili i już nawet zaczęli się trzeć po czołach, chyba myśleli, że się pobrudziłam :)

<< Poprzedni dzień | Następny dzień >>