Powrót

23 Luty 2010

Podróż do Varanasi

Satna i zdezorientowani rykszarze oraz bardzo wolny pociąg.

Raniutko wzięłyśmy taksówkę do Satny, najbliższego miasta z którego odjeżdża pociąg do Varanasi. W hotelu polecono nam wyjechać o 7:00, mimo, że pociąg miałyśmy dopiero ok.12. Powiedziano nam, że są korki na drogach i dlatego długo się jedzie. Oczywiście byłyśmy w Satnie grubo przed czasem i nie wiedziałyśmy co ze sobą począć, bo na indyjskich dworcach nie ma nic ciekawego do roboty. Oddałyśmy więc nasze bagaże do przechowalni i wyszłyśmy w poszukiwaniu jakieś restauracyjki, żeby coś przekąsić i sobie posiedzieć.

Rykszarz, którego złapałyśmy, zawiózł nas na jakąś główną drogę w mieście, do restauracji, która w ogóle nie wydała nam się zdatna do siedzenia a co dopiero do spożywania tam posiłku. Wyruszyłyśmy więc na poszukiwania na własną rękę. Na nic się to jednak nie zdało, gdyż w Indiach trzeba wiedzieć gdzie się chce iść, żeby tam trafić. W końcu jednak jakiś rykszarz zawiózł nas do całkiem niezłej restauracyjki, gdzie zjadłyśmy sobie najlepsze wegetariańskie tali jakie jadłyśmy w Indiach. Tali to takie małe dania podawane w małych miseczkach, jest to przeważnie jedno albo dwa curry ważywne, dal, ryż i roti.

Po jedzeniu nasz rykszarz, który na nas czekał przed restauracją, zawiózł nas na dworzec. Była to ryksza rowerowa, więc strasznie trzęsło, a pan rykszarz nieźle się namęczył szczególnie, że było pod górkę.

Po dojechaniu na dworzec okazało się, że nasz pociąg jest nieźle spóźniony. Czekałyśmy więc na peronie godzinę, a potem dwie, obserwując innych podróżujących....

W pociągu nawet było przyjemnie, poznałyśmy rodzinkę Anglików, którzy odbywali bardzo podobną wycieczkę jak my, tylko woleli jeździć do parków narodowych niż oglądać zabytki. Pociąg strasznie wolno jechał i właściwie więcej stał, niż się poruszał.

Do Varanasi dojechałyśmy ok. 2 w nocy (planowo miałyśmy być o 20). Taksówkarze już na nas czekali i zawieźli nas szybko do miejsca, z którego trzeba już było iść na piechotę, bo nie ma tam wjazdu. Całe szczęcie, że taksówkarz wziął moją walizkę bo nie miałam już sił, mama jednak musiała sama taszczyć swoją, a trzeba było lawirować krętymi uliczkami i uważać na śmieci i krowie placki.... właśnie po to Hinduski doszą dupatty, żeby zasłaniać nosy. Przez kolejne kilka dni sprawdził się ten sposób w 100%.

Hotel Sita's Guest House, który zamówiłyśmy, okazał się być nad samymi ghatami. Oczywiście nie było windy, ale to już było zmartwienie hotel boyów. Zaspany menadżer (nie sądze by któryś z nich był właścicielem) pokazał nam pokój, który okazał się być zupełnie inny niż ten, który zamawiałam. Zapewnił nas jednak, że na drugi dzień dostaniemy lepszy pokój. Nie dostałyśmy obiecanych ręczników, a prześcieradła okazały się być starymi zasłonami. W pokoju było pełno komarów, więc nasza maszyna komarowa miała "pełne ręce roboty", na szczęście dała sobie radę i po chwili nie było już żadnego komarka w pokoju. Nie poprawiło to jednak mojego humoru, zmęczona i rozczarowana w końcu położyłam się spać.

<< Poprzedni dzień | Następny dzień >>