27 Luty 2010
Lot do Delhi
Pożegnania Varanasi, Indyskie linie lotnicze Kingfisher, i kojący hotel Shanti Home w Delhi
Rano się pakowałyśmy, a później pobiegłyśmy jeszcze zrobić ostatnie zakupy. Aż się łza w oku zakręciła.
Akurat dziś był festiwal muzułmanów i wszyscy wylegli na ulicę i szli do meczetu. Całe ulice pełne na biało ubranych mężczyzn, gdzieniegdzie przemykały kobiety w pięknych strojach, a my ściśnięte w samochodzie, próbującym przedrzeć się przez ten tłum.
Samolot do Delhi miałyśmy po południu, wyjechać trzeba było jednak już rano, żeby zdążyć z dojazdem i odprawą. Formalności na indyskim lotnisku zabierają dość dużo czasu. Gdy wypełniałam kolejne etykietki na nasze bagaże, nagle dostrzegłam na nich zdjęcie Shahidka (Shahid Kapoor) reklamującego plecaki i prezentującego przy tym swoją wspaniałą muskulaturę. Od razu zrobiło się weselej.
Samolot linii Kingfisher okazał się bardzo luksusowy. Były i filmy (tv na żywo!) i pyszne jedzenie, słowem bardzo przyjemnie się nam podróżowało.
Gdy przyleciałyśmy, na lotnisku czekał już na nas taksówkarz z hotelu. Tym razem wybrałyśmy droższy, a zarazem bardziej luksusowy hotel. Chciałyśmy odpocząć po nieco spartańskich warunkach z Varanasi.
W hotelu Shanti Home przywitano nas girlandami, poczęstowano schłodzonym soczkiem i oprowadzono po całym hotelu i restauracji. Nasz pokój - o temacie bollywood (jakby czytali w moich myślach) był bardzo gustownie urządzony. Łóżko z baldachimem (szkoda, że bez zasłon), ze złotymi świecącymi poduszkami, wszystkie meble indyjskie, rzeźbione.... och chciałabym móc je zabrać do domu.... Tylko nie wiem czemu ściany były czerwone - może komuś bollywood z czerwonym kolorem się kojarzy....
W całym hotelu wystrój zapierał dech w piersi. Wyglądało jak w sklepie z indyjskimi meblami. W restauracji była huśtawka jak z filmów, oczywiscie musiałam się na niej pohuśtać po obiadku.
Wieczorem próbowałyśmy zdążyć jeszcze do kościoła, ale pomyliłyśmy godziny, więc pojechałyśmy do sklepu kupić dysk zewnętrzny bym mogła sobie zgrać zdjęcia. Sklep okazał się być bardzo daleko i chyba ze 2 godziny spędziłyśmy w samochodzie jadąc najpierw do kościoła, a potem do sklepu. Na miejscu miusiałam się troche potargować, bo oczywiście strasznie zawyżają ceny, nie udało mi się jednak kupić dysku taniej niż w Europie...
