Powrót

2 Luty 2010

Delhi nowoczesne

India Gate, Świątynia Lotosu, Bengali Market

Tego dnia postanowiłyśmy odwiedzić Nowe Delhi. Tym razem wynajęłyśmy samochód, którego kierowcą był Vishnu, młody chłopak z Nepalu. Bardzo miły i pomocny. Najpierw zawiózł nas do świątyni Laxmi Narayan - indyjskiej świątyni, która mimo iż wg Hindusów bardzo stara, została wybudowana w 30-tych latach XXw. Jak to we wszystkich świątyniach w Indiach, trzeba było tu zdjąć buty. Kazano też nam zostawić aparat w schowku więc nie mamy zdjęć. Świątynia robi wrażenie swoją czystością, poza tym nie zachwyca. Idole nie ukazują jakiś nadzwyczajnych zdolności artysty, który je wykonywał, ciekawe są za to malowidła ścienne przedstawiające w różnej stylistycze mitologię indyjską, wyjasnianą cytatami w Sanskrycie.

Po zwiedzeniu świątyni Vishnu zawiózł nas do zabudowań prezydenckich. Nie miałysmy w planie ich zwiedzać ale ciekawie było zobaczyć siedzibę prezydenta, która dorównuje swym zamachem dawnych siedzibom maharadzów.

Z zabudowan prezydenckich prowadzi prosta Raj Road - ulica królów do India Gate - głównego pomnnika Nowego Delhi. India Gate jest bardzo lubianym punktem spotkań Hindusów. Oczywiście gromadzą się tu tłumy sprzedawców i nagabywaczy. Jakaś kobieta strasznie chciała mi pomalować henną dłonie i nie mogłam się od niej odpędzić.

Po India Gate pojechałyśmy zobaczyć świątynię Lotosu. Jest to wielki budynek w kształcie rozwijającego się kwiatu lotosu, przynajmniej w zamiarze jego amerykańskich załozycieli. Tak naprawdę to wygląda jak wielki karczoch. Przewalają się tu tłumy turystów i szkolnych dzieci, jednak świątynia, poza olbrzymim ogrodem, nie ma wiele do zaoferowania. Wewnątrz jest pusta i nie imponuje ani dekoracją ani architekturą. Została wybudowana przez amerykańską sektę Bhatia, której wyznawcy wierzą we wszystkie religie.

Po zwiedzaniu udało mi się namówić Vishnu żeby nas zawiózł gdzieś gdzie mogłabym spróbowac "gol gappas"po punjabi albo "pani puri" po hindi. Vishnu zabrał nas do Bengali Market - rynek Bengalski - i to był strzął w dziesiątkę. Jest tu mnóstwo sklepów z jedzeniem, które można by nazwać fast foodem. Zbiera się tu mnóstwo Hindusów, żadnego turysty tu się nie zobaczy. Jedzenie jest przygotowane na bieżąco, jest więc świeże i jeszcze gorące. Moje wymarzone Gol Gappas to takie kulki chipsowe, które się macza w specjalnie przyprawionej wodzie i całe wkłada się do ust i gryzie. Fajne uczucie, jakby się wskoczyło do zimnego basenu. Mamie zamówiłam Massala Dosa - taki duży, cieniutki placek zrobiony chyba z ryżowej mąki . W środku miał nadzienie z curry z ziemniaków. Zamówiłyśmy też rabri takie mleczne słodkie coś, bardzo dobre. Właśnie to jedzennie zrobiło na nas chyba największe wrażenie w ciągu całego dnia.

Następnie pojechałyśmy do sklepu, gdzie mama miała sobie kupić coś do ubrania, ale tak się tam cenili, że chciałyśmy szybko uciekać. Musiałyśmy jednak kupić jeden szal, bardzo drogi, ale w dalszej podróży bardzo się nam przydał. Po zakupach w końcu udało nam się dostać na Conaught Place, które okazało się całe w robotach drogowych. W całym Delhi w tych dniach odbywają się roboty w związku z przygotowywaniami na Commonwealth Games - Rozgrywki Krajów byłego Imperium Brytyjskiego, które mają się odbywać na jesieni własnie w Delhi.

<< Porzednia strona | Następna strona>>