31 Styczeń 2010
Delhi
Chandni Chowk, Czerwony Fort
Przyjechałyśmy w wyjątkowo piękny ranek. Czerwone słońce tuż nad horyzontem witało nas w Indiach. Taksówkarze trochę zdziwieni (bo czekali na nas juz dzień wcześniej -- niecierpliwie), porwali nasze walizki i pośpieszyli poprzez olbrzymie przestrzenie przy lotnisku do samochodu. Kierowca, Punjabczyk, wyjaśniał w szczegółach trudności i zalety jego życia w Delhi. Po chwili odpoczynku w hotelu Ajanta (Pahar Ganj) wyruszyłysmy na pierwszy rekonesans miasta.
Chociaż jeszcze bardzo zmęczone (dwie nieprzespane noce), wyruszyłymy na podbój dżungli hinduskiego bazarowego zycia w Chandni Chowk. Jednak okazało się że większa część bazaru jest zamknięta w niedzielę. Pomimo to tłumy były wszędzie, chociaz nie tak przerażające, jak to mówią. To miłe uczucie, że tak wiele rzeczy dzieje się wokół ciebie, tyle spraw i transakcji jest zawiązywanych właśnie gdy przechodzisz obok. Oczywiście wszyscy gapili się na nas i chcieli zatrzymać, oferując jakieś usługi. Na całe szczęście mieliśmy jako przewodnika młodego człowieka - Mahindera, bardzo nieśmiałego, ale wyśmienitego kierowcę, który pośpieszał nas poprzez tłumy i pokazywał droge.
Tak znalazłyśmy świątynię Sikhów, gdzie musiałyśmy zdjąć buty, a jacyś mężczyźni w drzwiach, zawiązali nam chustki na głowach. Przeszłyśmy przez wejście oblewane czystą wodą do sali wypełnionej śpiewami.
Gdy wyszłyśmy na zewnątrz skierowałyśmy sie do Czerwonego Fortu. Przed wejściem zobaczyłyśmy tam wielką kolejkę. Jednakże nasz przewodnik powiedział nam, że to jest kolejka dla Hindusów (chociaż później widziałyśmy paru obcokrajowców czekających cierpliwie, gdzieś w środku tej kolejki). W pobliżu samego wejścia kolejka rozdzielała sie na dwie: jedna, dłuższa dla mężczyzn, a druga dla kobiet. Wyraźny dowód, że w Indiach jest więcej mężczyzn niż kobiet.
Fort zaskoczył nas zgrabnie wyrzeźbionymi mogholskimi ornamentami. Słoneczne, czyste niebo uwydatniało ich doskonałe kształty i smukłe profile. Mijające nas kobiety wyglądały jak kwiaty w swych kolorowych ubraniach. Mężczyźni nie rzucali się tak w oczy, ale gapili się tak natrętnie, że nie można było uciec od tego wzroku.
Po zwiedzaniu chciałyśmy iść do kościoła, ale kierowca zawiózł nas do sklepu z wybornymi Hinduskimi ubraniami. Taki duży wybór i tak dużo pieknych sukienek. Nie mogłam wybrać którą kupić. W końcu kupiłam jeden salvar kameez w stylu anarkali, punjabi. Teraz nie chcę w ogóle go z siebie zdjąć!!!
Po tej owocnej wizycie w Hinduskim sklepie, popędziłyśmy Mohindera do hotelu, a potem do kościoła. Zadziwiły nas jego zręczne manewry między samochodami. Nic nie jest niemożliwe w Indiach!
Msza była wielkim duchowym przeżyciem. Hindusi, jak można się było spodziewać, prześpiewali całą Mszę. Pieśni miały Amerykański charakter, ale przekształcone przez Hindusów stały się niezwykle spontanicznym i pełnym energii spiewem na chwałę Bogu.
Jak możecie sie domyślać, przyjechałyśmy do hotelu wyczerpane i szybko wskoczyłyśmy do łóżka.
