Powrót

6 Luty 2010

Safari na wielbłądach

Pustynia Thar i jej ludzie

Rano, gdy jadłyśmy śniadanie, już myślałam, że nie odbędzie się dziś nasze safari, bo gęsta mgła osiadła nad całą okolicą. Bałam się, że nic nie zobaczymy oprócz nosów naszych wielbłądów. Okazało się jednak, że poranna mgła szybko ustąpiła, a my o 13:30 ruszyłyśmy na naszą pełną przygód wyprawę. Rano, przed wyjazdem jeszcze zdecydowałyśmy się na przechadzkę po Jaisalmerze. Zaproszono nas po drodze do pewnego sklepu, gdzie młody chłopak o imieniu Al Pacino zachwalał swoje "salwar kamizki" i zapraszał nas byśmy przyszły na drugi dzień.

Kiedy przyszedł czas wyjazdu boy z hotelu wyprowadził nas przed główną bramę miasta do naszego jeepu. Po drodze wszycy mieszkańcy już wiedzieli, że jedziemy dziś na safari i życzyli nam miłego pobytu na pustyni i prześcigali się w uprzejmościach.

W jeepie już czekał na nas Lemon Soda - najlepszy przewodnik po pustyni w całym Rajastanie. Wygląda jak rozbójnik, rumcajs, albo Cygan. Ma kolczyki w obu uszach, na głowie zawsze, chyba już przyrośniętą, czapeczkę, koszulę w kratę, jeansy i wielkie buciory. W zębach zawsze żuje betel i śmieje się od ucha do ucha!!!!

Soda nakupił nam mnóstwo owoców i ruszyliśmy pędem na pustynię. Gdy jechaliśmy wciąż zmieniał się krajobraz, raz był kamienisty i porośnięty krzewami, drzewkami, czasem nawet kaktusami, dalej bardziej piaszczysty. Czasem rozciągał się przed nami płaski sięgający horyzontu księżycowy krajobraz, który nagle zaraz zamieniał się w pagórkowaty i dość gęsto porośnięty teren. Po drodze zatrzymywaliśmy się popstyrkać zdjęcia i zobaczyć pawie biegające na wolności.

Potem Soda zawiózł nas nad takie jeziorko, jedyne nie wyschnięte na tym terenie, gdzie poznałyśmy pewnego wąsatego pasterza i grupkę dzieciaków, którym porobiłam zdjęcia. Po drodze Soda pokazywał nam chaty i osady "ludzi pustyni". W jednej nawet się zatrzymałyśmy i dzieciaki zaprosiły nas do środka swojego domu. Mimo wielkiej biedy jest tam bardzo czysto i wszystko jest wzorowo zaplanowane i zorganizowane. Podłoga idealnie zamieciona, że nawet ziarnka brudu nie ma, piec w kącie też lśni czystością, łóżka wiszą na ścianach, żeby nie zabierały miejsca. Bardzo miłe dzieciaki mówiły o dziwo bardzo dobrze po angielsku.

Potem ruszyliśmy dalej i w końcu dojechaliśmy do naszych wielbłądów. Trzy chude garbuski stały pod drzewkiem, a wokół nich krzątał się tak samo chudy chłopak od wielbłądów. Razem z Sodą posadzili nas na wielbłądy i ruszyliśmy w pustynię....

Wspaniale się jedzie na wielbłądzie, czuje się każdy ruch zwierzęcia i trzeba się w jego takt poruszać, raz w tył raz w przód. Są to bardzo zgrabne zwierzęta, kiedy idą stawiają nogi prawie jedna przed drugą, zostawiając bardzo wąsko ustawione ślady stóp, a właściwie palców.

Mój wielbłąd nazywał się Ballu i prowadził całą karawanę (składającą się jeszcze z kamel boya i mojej mamy na wielbłądach - Soda pojechał jeepem i zawiózł nasze manatki na miejsce naszego obozu). Ballu wyraznie znudzony był chodzeniem po tych samych ścieżkach i wciąż skręcał, i chciał wchodzić wprost na drzewa by je zjadać. To powodowało, że reszta wielbłądów szła za nim i gdyby nie nasz Kamel boy, to byśmy wszyscy wylądowałi jedni na drugich,bo wielbłądy szły na ślepo za prowadzącym . Wielbłąd mamy zaś wyraźnie zainteresował się wielbłądzicami, które gdzieś w oddali chodziły sobie z małymi.

Jadąc powolutku przez pustynię, przekonałyśmy się, że jest ona całkiem żywa i zamieszkała. Gdzieniegdzie widać było jakieś chaty i mnóstwo różnych ptaków, i zwierzątek.

Wreszcie dojechałyśmy do naszych wydm. Nie było ich tak dużo, za to górowały nad całą kamienistą i poroścniętą krzewami krainą.

Zostawiłyśmy naszych kompanów, którzy zabrali się za przygotowywanie ogniska, chaiki i kolacji i poszłyśmy się przejść po wydmach, i "złapać" zachód słońca. Gdy dotarłyśmy na najwyższą wydmę, po chwili zjawiły się dziewczyny z pobliskiego domostwa, które tak nas obsiadły, że już troche nie mogłam.... ale były bardzo fajne, zaplotły mi warkocz i wogle dziwiły się jaka jestem biała, hehe...

Następnie po zachodzie słońca i całej serii eksperymentalnych zdjęć, które jedne wyszły inne nie, wróciłyśmy do naszego obozu, gdzie już prawie wszystko było gotowe. Soda usłyszawszy, że babcia interesuje się kuchnią indyjską, cierpliwie tłumaczył jak gotuje. Powiedział, że nie ma u nich dużo kobiet, i że oni jako kasta wojowników (Soda - wojownik) bardzo szanują kobiety i nauczyli się wszystko sami robić wokół siebie, żeby później też wokół swojej kobiety biegać. hehe!

W tym czasie przyszedł taki śpiewak, który wyciągnął tandoor - czyli sitar i zaczął nam śpiewać. Ja ustawiłam aparat i próbowałam nieco nagrać, choć troche mi ciemno wyszło, może coś poźniej uda mi się z tego zrobić.

Soda i śpiewak śpiewali w niebogłosy, a kamel boy kończył robić roti - chleb, inaczej chapatti. I potem "przyszło" jedzenie: curry, dal, ryż i roti i takie chipsy do pogryzienia, które wyglądały jak nadmuchany makaron (nie pamiętam jak się nazywają). Wszystko zostało podane na srebnych tacach, mytych piaskiem pustyni.

Nasi kompani nie chcieli z nami jeść, powiedzieli, że będą jeść po nas, że taka ich gościnność, a mi się wydaje, że nie mieli więcej talerzy. No ale kamel boy i śpiewak nie wytrzymali i też sobie nałożyli i zajadali się ze smakiem. Soda jeszcze im nakładał bo chude są te Hindusy jak tyczki.

Potem nastąpiło dalsze śpiewanie i my też musiałyśmy śpiewać, choć coś cienko nam to wychodziło w porównaniu z nimi. Więc w akcie desperacji sięgnęłam do piosenek bollywoodzkich i zrobiłam taką furorę, że chyba stałam się ulubienicą Sody, który wyjawił nam, że na prawdę nazywa się Chandra Singh Souda, a Lemon Soda to tak dla humoru każe się nazywać.

Następnie próbowałam porobić zdjęcia gwiazdom, ale nie bardzo mi wyszły, więc zmęczone poszłyśmy spać. Kamel boy z Sodą rozstawili nam łóżka z kocami i pledem, pod którym nawet było całkiem ciepło, tylko troche śmierdziało wielbłądem i jak się wystawiło głowę spod koca to trochę było zimnawo.

Ale najwspanialsze widowisko rozgrywało się przed naszymi oczami. Na niebie powoli roziskrzały się gwiazdy. Wpatrywałam się tak w nie godzinami bo nie mogłam zasnąć i obserwowałam jak krążą wokół gdwiazdy północy, jak zmienia się niebo i jak wschodzi księżyc. Potem w końcu zasnęłam, choć na krótko bo jak tylko zaświtało, mama mnie zbudziła, żeby "obcykać" wschód słońca.

<< Poprzedni dzień | Następny dzień >>